|
|
niedziela, 03 października 2010
Kolejne perypetie...
Kontynuując wątek - jakiś czas później odbieram telefon - miła pani wyjaśnia, że dostali moje papiery w innego działu, gdzie aplikowałem i że może u nich chciałbym pracować. Wprawdzie zapala mi się czerwona lampka - dlaczego niby podbierają chętnych innym działom, zamiast sami zrobić rekrutację? Co tam, trzeba spróbować. Szybkie tym razem rozmowy i mam pracować. Obsługa nowoczesnej maszyny do produkcji opakowań kartonowych. Stawka - 8,20 zł. Trzy zmiany.
Dzień pierwszy nie niesie ze sobą wiele treści - wypełniamy papierki, dostajemy odzież roboczą i szkolimy się odnośnie BHP.
Dzień kolejny jest już ciekawszy, trafiamy na halę fabryczną. Mój pierwszy kontakt z pracą tego typu, poza praktykami szkolnymi na tokarkach itp. W hali jest wiele maszyn, także i niby-nasza. Tyle, że została ona niedawno zakupiona i trwa jej ustawianie - przynajmniej tak słyszymy, bo ani tego ani przez kolejne dni nikogo przy niej nie widać. A tymczasem, jako że sezon urlopowy i brakuje ludzi - mamy robić na innych maszynach.
I już nie jest tak ciekawie. Rany, miał być nowoczesny zakład, prężna filia międzynarodowego koncernu - a jest manufaktura. Maszyny często pamiętają lata 70-te, a ich stan jest opłakany. Reperowane na zasadzie - byle działały. Na różnych stanowiskach wykonuję różne prace, dla przykładu kilka z nich.
Podaję wykrojone opakowania do maszyny sklejającej. Jako że i wy pewnie nie widzieliście takiej maszyny - trochę opisu. Maszyna taka ma z 15m długości i ze 4 szerokości. Z jednej strony podaje się do podajnika wykrojone opakowania, które przechodzą przez maszynę i zostają sklejone. Jak wyglądają takie wykrojone opakowania? Weź jakieś pudełko, rozłóż je na płasko - i już wiesz. Tylko, że tu pudełka są większe i wykroje mają rozmiary ok. metra na 20-40cm. I jest ich dużo, całe palety. Praca podawacza polega na ciągłym podawaniu tych wykrojów z palety za nim na podajnik maszyny przed nim. Czyli - sięgamy do tyłu, bierzemy z 5kg wykrojów i układamy je w podajniku. Tempo nadaje maszyna, a ona się nie męczy... W ciągu dnia przerzucam tak 12-15 palet. Lekko licząc - kilka ton.
Innym razem odbieram gotowe pudełka - ta sama maszyna, tyle, że z drugiej strony. Gotowe pudełka układa się na palety. Ilość jak łatwo się domyślić - taka sama. Waga też.
Macie w domu Sony Brawię, TV-LCD, 42 cale? Może to ja robiłem pudełka do nich. Spore, nieprawdaż? I dość ciężkie, gdy dźwiga się ich w górę po kilkanaście... Układam je na paletach oczywiście. Wysokość palety - 1,9m. Plus jakieś 40cm podajnika rolkowego, na którym paleta stoi. Mam 1,8m wzrostu, ale ostatnie pudła wrzucam z ledwością, na palcach w wyciągniętymi rękami. Jak robią to kobiety, również tu pracujące i nie mające tyle wzrostu co ja? Przyciągają stołek. Biorą z taśmy maszyny garść pudeł, większych od nich samych i robią krok w kierunku palety. Wspinają się na stołek i już mogą ułożyć je pudła na palecie. Kilkanaście palet dziennie.
Po kilku dniach pracy dostajemy umowy. 8zł brutto. Hmm, kto zap... moje 20 groszy na godzinę? Ale poskarżyć się nie wypada...
Ludzie.
Jakoś tak się składa, że im cięższa praca, tym ludzie porządniejsi jakby. Przynajmniej takie mam doświadczenia. W biurze - ciągłe wojny podjazdowe, obgadywanie, robienie różnych nieprzyjemności. Na produkcji - robota ciężka to i jakoś nikomu się nie chce robić złośliwości. Do tego każdy jakoś bardziej rozumie, że jeden więcej przy maszynie to po trochu mniej pracy dla wszystkich. Często pomogą, doradzą - a nawet jeśli nie pomogą, to i nie zaszkodzą ze złośliwości. Im wyżej w górę stanowisk tym gorzej z tym niestety.
Kto pracuje? Najczęściej starsi, czekający emerytury jak zbawienia. Często bez wykształcenia, co dodatkowo utrudnia znalezienie innej pracy i skazuje na tą.
Pamiętam jedną z rozmów z maszynistą (operator maszyny). Kilkadziesiąt lat pracy w tym zakładzie, pensja - jakby dać w zęby. Czeka i liczy lata do emerytury jak do zbawienia. Wychodzi w rozmowie mój pobyt za granicą - mówi, że gdyby był młodszy to już by go tam nie było, tylko by wyjechał. Czy jeśli on po latach spędzonych w tej pracy nie jest szczęśliwy, to ja będę? Czy też będę czekał do jej końca, złorzecząc?
Ci, którzy podjęli tą pracę wraz ze mną - jeden jest młody, świeżo po szkole, pochodzi z jednej z podmiejskich wiosek. To jego pierwsza praca, więc jakiś czas tu zostanie, by nabrać doświadczenia. Chyba też na razie nie ma lepszego pomysłu, a praca za kiepskie wynagrodzenie jeszcze nie zdążyła wywrzeć na nim swego piętna.
Kolejny, który tu zostanie - ojciec rodziny, dwójka dzieci. Niedawno stracił inną pracę, oszczędności topnieją... Myślę - on tu zostanie i nie mylę się, co potwierdza moje spotkanie z nim rok później.
Dojazd.
Kolejna z przyczyn mojego odejścia. Zakład jest na peryferiach, do tego akurat strajkuje komunikacja miejska - więc rano spacer 45 min dojście do pracy, potem 8h przy maszynie i 45 min powrotu. Tłuszczu to tu nie nabiorę - jest jakiś pozytyw. Do tego 3 zmiany, więc także i nocki... Nie, dziękuję.
W takich okolicznościach chyba nic dziwnego, że gdy dzwoni do mnie kolega z wysp mówiąc , że ma dla mnie pokój, a praca też się pewnie jakaś znajdzie - nie waham się długo. Następnego dnia w kadrach ląduje moje wymówienie. Pani bez słowa podpisuje moją kopię. Gdy mówię, że jeśli chcą - mogę od zaraz, za porozumieniem stron - również nie mówi zupełnie nic. Cóż robić, wychodzę z biura.
Później rozmawiam z kierownikiem. Oczywiście nikt mu o niczym nie powiedział i chciał ze mną odbyć rozmowę, na którą z maszyn (tych starych, nowa dalej stoi) chcę iść. Odpowiadam, że chyba nie czas na takie rozmowy, bo jestem na wypowiedzeniu. Mówi, że szkoda, bo widać, że dałbym sobie radę, że sprytny jestem to i może operatorem bym został, a wtedy to i nawet 2000zł można zarobić, a w tej zagranicy to ile ja zarobię, ze 3000zł? Gdy odpowiadam mu, że większe kwoty odkładałem zmienia zdanie i żałuje, że sam już nie wyjedzie z powodu wieku...
Praca do końca okresu wypowiedzenia mija bez perturbacji, na koniec szybkie pożegnanie z współpracownikami i brama zakładu zamyka się za mną ostatni raz... Jako ciekawostkę podam, że mimo, iż do wejścia/wyjścia z zakładu potrzebna była specjalna karta elektroniczna, podobna do kredytowej, a czas był odnotowywany komputerowo - firma zapłaciła mi za 5 dni pracy więcej niż się należało. Ot bonus.
Kilka dni później byłem już za granicą, ale wróciłem jeszcze raz - o czym w kolejnym odcinku.
sobota, 25 września 2010
Perypetie - cz. kolejna, kto by tam to liczył...
Zaczynamy od ogłoszeń parafialnych, czyli części organizacyjnej. Jeśli czas oraz wrodzone i nieuleczalne lenistwo pozwoli - kiedyś ładnie posegreguję moje wpisy i będzie się je lepiej czytać. Chyba. Tymczasem pozwiedzałem menu profilu i np. włączyłem komentowanie niezalogowanym, więc zapraszam do komentowania, ale netykieta obowiązuje.
Przechodzimy do meritum. Herbatka zrobiona (miętowa), kadzidełko odpalone, jutro wcześnie nie trzeba wstawać... Przydałby się jeszcze jakiś drink, ale cały alkohol wyszedł, a na wyspach pół-prohibicja, w sklepach nie kupisz po 22.00. O czym by tu dziś napisać... Właściwie w temacie pracy w Polsce pozostały mi dwa wątki zasługujące na osobne opisanie - jeden z pracy jako kierowca vana, drugi - praca na produkcji. Na tapetę pójdzie dziś produkcja.
Na ogłoszenie jednej z większych firm w swej branży, i to nie samozwańczych "liderów rynku" jak co druga firemka pisze o sobie w ogłoszeniach - natknąłem się albo w prasie albo na necie, mniejsza z tym. Poszukiwali pracownika działu produkcji, doświadczenie nie wymagane, mile widziane wykształcenie techniczne. Pasuje jak ulał, więc drukuję CV i w drogę. Spory zakład zlokalizowany jest na obrzeżach miasta, de facto naprzeciw jego bramy widzimy malownicze pola uprawne. Ale autobus miejski dochodzi, znaczy zadupie nie jest.
Brama wejściowa i stado cerberów jej pilnujących w osobach ochroniarzy. Odczekuję swoje, w końcu nie jestem tu najważniejszy i dostaję plakietkę "visitor". Jest międzynarodowo, nawet nazwa firmy też taka międzynarodowa - w końcu placówka wielkiego koncernu. Zresztą, dlatego zdecydowałem się tu skierować swe kroki, licząc, że zagraniczna firma nie będzie robić numerów jak nasi "pracodawcy". Wraz z plakietką otrzymuję gratisowo groźne spojrzenie i to wystarczy mi, by domyślić się, że przy próbie zejścia z oznakowanej ścieżki - strzelać będą bez ostrzeżenia. Tuptam sobie do wydziału, podziwiając rozmiar zakładu. Fiu fiu, tu wydział taki, tam inny, budynków masa, drogi wewnętrzne - w sumie takie małe miasteczko. Docieram na miejsce i czeka mnie szok - oto bowiem od razu spotykam się z kierownikiem. Bez panienek z HR, bez sekretarek, testów, oglądania CV i umawiania 5 spotkań. Bach, wchodzę i jest. Siedzi sobie za biurkiem, przegląda moje CV i idziemy na halę, żeby zobaczyć robotę. Praca to przygotowywanie papieru komputerowego, takiego do drukarek igłowych, głównie faktury się na tym drukuje itp. Drukuje toto w kopiach od razu, więc musi być odpowiednio złożone z warstw i podziurkowane oraz pozginane. W skrócie - z jednej strony maszyny wkłada się wszystkie te rodzaje papierów i włącza maszynę, a z drugiej strony wychodzi gotowy papier, poskładany itd. Co robi operator? Patrzy, czy "równo idzie", donosi papier, zakłada nowe role, odnosi gotowy itd. Myślę sobie - po mechaniku jestem, robota prosta - dam radę.
Niestety, nie ma tak prosto. Panu nie odpowiada mój licencjat. Nie, że kierunek, tylko że w ogóle jest. Bo inteligenci mu uciekają. Delikatnie stara się mnie zniechęcić do pracy mówiąc, że lud tu prosty i nie będę miał o czym z nimi gadać. Nie daję się i tak sobie dyskutujemy. Szacunek mam dla gościa za szczerą rozmowę, bez żadnych pierdół typu "a dlaczego to chce pan pracować w naszej firmie" czy głupot jak choćby opisywanych w poprzednim odcinku bloga. Cóż jednak z tego - nie udaje mi się go przekonać. Już miał tu jednego takiego magistra i mu uciekł po roku. Pytam, czy przez ten rok pracował dobrze? O, i to jeszcze jak, nie było lepszego od niego. No ale odszedł. Pytam więc - skoro tak dobrze pracował i wytrzymał rok, w końcu kawałek czasu w miejscu pracy, gdzie przyuczenie trwa raptem kilka dni - to przydał się czy nie? No tak, przydał się, dobry był, ale w końcu odszedł... Szlag mnie lekko trafia. Gość nie zauważa tego, że lepiej mieć dobrego pracownika nawet na krótszy okres czasu, bo szkolenie nie jest skomplikowane i wystarcza kilka dni - zamiast tego woli BMW = Bierny Mierny ale Wierny... No bo on kogoś tak na przynajmniej 3,5 roku szuka... Mimo, że zgadzam się na wszystko i deklaruję chęć podjęcia pracy - czuję, że nic z tego. Rozmowa kończy się i cóż, wychodzę z żalem, jednak zachowując wcześniej wspomniany szacunek. Czy rozmowy nie mogą tak przebiegać?
I nie myliłem się, u tego pana nie dostałem pracy, ale to nie był koniec mych przygód w tym zakładzie, ale o tym w kolejnej części już niedługo - tym razem nie będę was katował długimi wstawkami, a kolejna pewnie taka będzie.
piątek, 17 września 2010
Perypetie... cz. 3
Kolejna część tej wyrywkowej autobiografii rodziła się w bólach, ale w końcu się udało. Do rzeczy więc.
Kolejny powrót do kraju i kolejne poszukiwania pracy. Brak ciśnienia na podjęcie pracy powoduje, że rozmowy przebiegają niekoniecznie po myśli pracodawców - mój brak zainteresowania lipnymi ofertami pracy jest zdaje się widoczny, nie ukrywam go jednak, wychodząc z założenia, że tego typu praca jest mi zwyczajnie niepotrzebna.
Ogłoszenie w lokalnej gazecie. Firma szuka kierowcy. Dzwonię i pytam o tą ofertę - pani w sumie niewiele może mi powiedzieć, bo to z szefostwem trzeba... Nauczony doświadczeniem wymuszam podanie orientacyjnej stawki - 1500zł netto - oraz ustalam termin interview na następny dzień. Z grubego pliku wyciągam kolejną CV-kę i ruszam przez pół miasta na umówione spotkanie. Z niejakim trudem odnajduję adres - rudera w zapomnianej dzielnicy. No ale kto powiedział, że każda firma musi mieć super siedzibę, zresztą ja mam być kierowcą więc i tak nie będę siedział w biurze. Wchodzę do budynku i kolejna niespodzianka - gubię się. Jest tam bowiem sporo małych firemek, a o ich spis przy wejściu nikt nie zadbał. Niektóre mają swe nazwy przy drzwiach, ale poszukiwana przez mnie nie - cichociemne dranie. Drogą dedukcji i eliminacji znajduję w końcu. W środku tylko sekretarka, szefostwo wyjechało... Nie ma to jak profesjonalne podejście, ale co tam, nie ja jestem najważniejszy, może wypadło im coś pilnego? Tylko czemu nie zadzwonili, jak nakazuje kultura? Odpowiedź jest prosta, bo jej (kultury) nie mieli za grosz, co wkrótce wyjdzie na wierzch. Zostawiam CV, mają zadzwonić i umówić ponowne spotkanie. Jak zwykle stracone pół dnia nie wiadomo na co.
Nie oddzwaniają, za to kilka dni później ponownie ukazuje się ich ogłoszenie. Zdenerwowany dzwonię i pytam grzecznie o ofertę.
- Tak, aktualne, proszę przyjść zostawić CV.
- Ale ja już byłem raz u państwa i zostawiłem, mieli państwo oddzwonić, bo nikt z waszej strony nie stawił się na spotkaniu...
-Ach...Och... - pani najwyraźniej nieco się gubi, jak katarynka powtarza jednak, bym ponownie złożył CV
- Wie pani co, wyślę je e-mailem, proszę o podanie adresu.
- Ale my nie mamy e-maila...
- Proszę nie żartować, XXI wiek, firma z branży telekomunikacyjnej i e-maila nie macie?
- No dobrze, podam panu, ale proszę go nie rozpowszechniać...
Jak widać firma nieźle się kamufluje. Wysyłam CV i czekam na odpowiedź, którą "na pewno" dostanę - zgodnie z zapewnieniami miłej pani. I czekam tak do dziś... Później pocztą pantoflową dowiaduję się, że firma ta wciska ludziom jakieś pakiety tv cyfrowej i praca na stanowisku kierowcy w/g nich polega na jeżdżeniu i zdobywaniu zleceń. Kolejna akwizycja która udaje nie wiadomo co.
Jedna z moich ulubionych akcji. Znów z gazety. Scenariusz podobny - telefon, blabla kierowca, blabla, jaka fajna oferta, blabla ile płacicie? 2000zł netto, praca 5 dni w tygodniu, weekendy wolne. Fiu fiu, nieźle. Lecę jak na skrzydłach. Na miejscu zastaję pewną znajomą osobę, tzn. ledwo-znajomą. Kiedyś, kilka lat temu pracowaliśmy w jednej firmie, krótko i w różnych działach, przepisywałem jej wtedy też pracę dyplomową. Duże hmm oczy były jej największą zaletą, dlatego też nie dziwiła mnie jej obecność za biurkiem, szczególnie, że oczy były odpowiednio wyeksponowane. Zdziwiło mnie jednak, że to ona ma przeprowadzać rekrutację - kto przy zdrowych zmysłach na to pozwolił? Panna albo mnie nie poznaje albo jak ja udaje. Przychodzi drugi kandydat na stanowisko kierowcy i zaczyna się. Najpierw wstawka o prężnie rozwijającej się firmie, a właściwie fundacji - i na słowo fundacja zaczyna mi coś świtać. Panna się rozkręca i jedzie monolog ładnych kilka minut, a ja zaczynam przysypiać. Szczególnie, że bystra nigdy nie była, więc posiłkuje się tekstem z ofertą sprzedaży - jakbyśmy byli klientami... A szkolenie z technik sprzedażowych przerabialiśmy razem w poprzedniej firmie, tyle że ja potem miałem praktykę biegając po firmach jako akwizytor i śmiem twierdzić, że nieco się wyrobiłem - ona natomiast siedziała w biurze i odbierała telefony. Szkolił nas chyba ten sam gość, bo zacząłem rozpoznawać pewne schematy.
Jak wspomniałem - tak się rozkręciła, że zaczęła nam wciskać ten szajs, który sprzedają, taka niby scenka sprzedażowa.
- Np. taka kaczuszka, kupiłby pan taką kaczuszkę za 15zł? - I pokazuje jakiegoś potworka, którego nie chciałyby nawet kramy z wiejskich odpustów.
- Ni cholery - odpowiadam, kurtuazyjnie ubierając to w elegantsze słowa.
- A to dla biednych/chorych/osieroconych dzieci - znów się rozkręca, a ja się wyłączam na chwilę.
Szybkie przemyślenie i już wiem, że nie chcę tej roboty. Schemat dobrze znam - firma zarejestrowana jako fundusz, fundacja czy coś tam by nie płacić podatków, praca polega na jeżdżeniu po wioskach i miasteczkach i wciskaniu głodnych kawałków o zbieraniu na biedne dzieci itp. zbożny cel - i sprzedawaniu pod tą przykrywką jakichś chińskich odpadów, które komuś zalegały w hurtowni. Potem dzieciaki dostaną procent lub dwa, żeby spełnić wymogi statutu, a reszta w kieszeń. Wynagrodzenie zależne od sprzedaży, pranie mózgów jak w sekcie - całe to nakręcanie, np. jeśli sprzedaż ileś tam sztuk to masz "dzwonek" i na koniec dnia, gdy zbiera się cała grupa gałganiarzy jak ty - główny naganiacz obwieszcza to wszystkim, bierze dzwonek i dzwoni, a reszta klaszcze, wiwatuje i co tam jeszcze wymyślą...
Jak wspomniałem - odpłynąłem na chwilę celem dokonania w/w przemyśleń, a jak wróciłem usłyszałem:
-Ale panowie nie będą zajmowali się sprzedażą.
No to ciekawe, nie powiem. To po co odgrywała scenkę sprzedażową? Widać za bardzo się rozkręciła, albo nie miała w repertuarze nic więcej i wstawiła jako wypełniacz, chcąc wyjść na cwaniarę. Ale nie ze mną te numery Hans (jak mówił Brunner) - zwycięsko wyszedłem z pytań podczas tejże scenki, posiłkując się moim wcześniejszym doświadczeniem w sprzedaży mocno bezpośredniej. Gorzej drugi gość, jak się później dowiedziałem - kierowca podmiejskiego busa, który w takich szopkach nigdy nie uczestniczył. Sytuacja zaczyna się powoli klarować i widzę, że na tle gościa mogę brylować, tylko nie wiem, czy chcę tą robotę. Ale skoro mamy nie zajmować się sprzedażą, o której nawijała pół godziny, to czym?
Niestety, praktycznie słychać kliknięcie w mózgu prowadzącej i jak na dłoni widać, że rozpoczyna kolejną scenę ze swego wyreżyserowanego przedstawienia. Jeszcze przed chwilą, słysząc o de facto akwizycji chciałem wstać, poprosić o CV i efektownie wyjść - ale widzę, że znów zaczyna być ciekawie. I tak straciłem kolejne pół dnia, jestem bezrobotny i nigdzie się nie spieszę a tu mam rozrywkę. Zostaję. I dobrze, bo zaczyna być ciekawie. By lepiej oddać surrealizm sytuacji warto dodać, że panna niestety wraz ze stopniem magistra nie posiadła niestety biegłości w posługiwaniu się mową ojczystą i jej następne pytanie brzmiało mniej więcej tak:
- Wymień trzy cechy twojego charakteru, które cię charakteryzują, które uważasz za przydatne w tej pracy.
Zabawę mam przednią. Laska, która pracę magisterską w prywatnej uczelni (coś w stylu "Wyższa Szkoła Gotowania na Gazie, wieczorowo, Wydział Erotyczny) wykonała metodą kopiuj-wklej, zresztą na temat udzielania kredytów przez banki - robi mi psychotest. Warto w tym momencie nadmienić, że jeden z moich bliskich kolegów podówczas robił magistra psychologii - często dyskutowaliśmy więc na te tematy, czytywałem też nieco materiałów z psychologii - do tego pomagałem mu w części praktycznej jego pracy, więc dowiedziałem się nieco o metodologii badań itp. To zresztą zupełnie inny temat, nie będę go teraz rozwijał, w każdym razie o ile ja bynajmniej specem od psychologii nie byłem, to wiedziałem "gdzie dzwonią" i kto może wyciągać wnioski z takich psychotestów.
Wracamy na plac boju. Panna nagadała całą czapkę o sprzedaży bezpośredniej, po czym stwierdziła, że nie tym będziemy się zajmować i pyta o 3 cechy charakteru przydatne w tej pracy. Nic to, że jeszcze nic nie wiemy, co mamy robić, co też nieśmiało próbuje wtrącić drugi gość. Oj męczy się biedak, wyraźnie nie zahartowany w takich bojach. Nieśmiało wspomina, że w ogłoszeniu było o pracy dla kierowcy i on tu w tej sprawie, a tu chyba jakaś pomyłka zaszła... Nie, nie, wszystko jest ok. Pierwszy idzie do maglowania i widać, że chyba przypomina sobie szkolne czasy... Dziś też nie jest przygotowany do odpowiedzi. Nieskoro mu to idzie, ale wspólnymi siłami jakoś kończy - laska usilnie dąży do usłyszenia odpowiedzi, które ma zanotowane w swoim kapowniku, do którego co chwilę zerka, widocznie ciesząc się, gdy odpowiedzi jej się pokryją. Gość nie ma innej koncepcji, więc idzie za nią w tym dialogu jak cielę na postronku, wyczekując końca tortury.
Przychodzi moja kolej.
- Inteligencja - rzucam. A co, "ma sie mature i studia niektóre"... Rzut oka w zeszyt i niepewny wzrok - widać test nie przewidywał takiej odpowiedzi.
-Inteligencja mówi pan? - rzuca, by się upewnić i dać mi szansę na zmianę zeznań.
- Ja wiem, że może nie wyglądam, po prostu mam taki głupi wyraz twarzy - rzucam.
-Ale wie pan, my pytamy bardziej w kontekście cech przydatnych w tej pracy...
W myślach mało nie zaliczam wykładki ze śmiechu - czyli wygadała się, że inteligencja nie pomaga, a nawet przeszkadza im... No tak, Bierny, Mierny ale Wierny (BMW).
Z uśmiechem na ustach wyjaśniam, jak to inteligencja pomoże mi budować coraz to nowe strategie sprzedaży, by zaskoczyć niczego się nie spodziewających klientów i zmusić ich do kupna tego szajsu... Nie, nie, nie zmusić, sprawić, by sami uwierzyli, że jest im to potrzebne, że lepiej się poczują nabywając tą rzecz.... Tak tak, mnie też kiedyś próbowano przenicować mózg takimi gadkami, ślady na psychice pozostały a wraz z nimi odporność oraz umiejętność prawienia takich bajek. Panna nie jest zadowolona. Moja odpowiedź dalej się nie zgadza z tą, którą ma podaną w zeszyciku, do tego straciła prowadzenie w tej rozmowie i przestała nadawać jej ton. Obraża się więc i nie pyta mnie już o pozostałe dwie cechy.
Następuje kolejne kliknięcie w jej mózgu, prawie słyszalne - i jak automat natykający się na nieoczekiwany problem - po prostu stara się go nie zauważać i przechodzi do następnego etapu.
Yeeeah, dowiadujemy się, co będziemy robić. Będziemy kierowcami. Całkiem sensownie, zważywszy na fakt, że właśnie o tym stanowisku wspominała oferta pracy. Ożywia się też drugi gość, wyraźnie zadowolony z powrotu na bardziej znany grunt.
Szybko przypomina mi się dowcip, jak to w Rosji na Placu Czerwonym rozdają Moskwicze. Nie Moskwicze tylko rowery i nie rozdają tylko kradną...
Praca polegać ma na zebraniu grupy sprzedawców, zawiezieniu ich w teren, kilkukrotnym przerzuceniu w nowe miejsca, rozliczeniu kasy i rozwiezieniu ich do domów. To oni będą chodzić po domach i wciskać ten szajs. Sami emeryci - oszczędność na ZUS.
Wprawdzie jak dla mnie praca bardziej odpowiada opisowi stanowiska lidera mobilnej grupy sprzedażowej a nie kierowcy ale co tam...
Praca 5 dni w tygodniu. Tak, ale po 14 godzin...
2000zł netto - tak, tak. 1000zł gwarantowane umową, reszta - jeśli grupa wyrobi sprzedaż. No, ale grupa może też sprzedać więcej, a wtedy to zarobki że hoho... Dobra dobra, już ja to znam, limity są odpowiednio podkręcone, by nie zarobić za dużo. Nawet jeśli jeszcze nie - to szybko wzrosną, gdy zaczniesz zarabiać za dużo. Czyli realnie - może 1200-1500zł netto za zapieprz 14 godzin dziennie. No, ale weekendy wolne...
Rozmowa kończy się, pani jest zadowolona, na razie nam dziękuje, prezes podejmie decyzję (po cholerę cała szopka, skoro ona i tak nie ma nic do gadania?) i oddzwonią. Wychodzimy. Na ulicy rozmawiam chwilę z drugim gościem - jak pisałem pracuje on jako kierowca busa i szuka czegoś dorywczego, więc po tym spotkaniu ma dość. Rozstajemy się - i do dziś czekam na telefon z fundacji...
Na dziś chyba wystarczy, ale to jeszcze nie koniec mych przeżyć podczas poszukiwania pracy, o czym za czas jakiś...
niedziela, 29 sierpnia 2010
Perypetie... cz. 2
Tak więc wróciłem do kraju. Po odpoczynku i alkoholi... aklimatyzacji znaczy zaczynam poszukiwania pracy. Kupuję "Anonse" i patrzę - jest w czym wybierać. Startujemy.
Hurtownia książek szuka pracowników magazynu. Przychodzę na rozmowę. Pan zaczyna coś pieprzyć o "docieraniu do klienta". Dociera tego klienta i dociera, aż w końcu zaczynam rozumieć, że to ma być ta ważna część. Pytam się o co chodzi i mówię, że mam doświadczenie w obsłudze klienta, pracowałem w sklepie, choć nie bardzo wiem, jak to może przydać się na magazynie. -Nie, nie, my tu aktywnie docieramy do klienta. -Znaczy jak? - No.... Chodzimy... - Aha... No to ja już pójdę. I wyszedłem. Mina pana znów - bezcenna.
Popracuję może jako kierowca.
Hurtownia chemiczna, AGD i czegoś tam jeszcze szuka kierowców. Wiodąca na rynku firma. Nazwy oraz adresu oczywiście brak w ogłoszeniu, ale zdziwiłbym się, gdyby były. Dzwonię więc i dostaję adres. Nic mi nie mówi, ale kto zna wszystkie uliczki w swoim mieście? Rzut oka na plan i ruszam. Zakazana dzielnica, część uliczek jeszcze nie ma asfaltu, kanalizacji chyba też. Jakieś baraki i inne rudery. Znajduję ulicę - taka z betonowych płyt, rosnące w łączeniach krzaki nie świadczą o jej ruchliwości. Numerów brak, raptem tu jakaś rudera, dalej krzaki i dzikie wysypiska śmieci. Zabłądziłem we własnym mieście? Telefon do gościa - dobrze idę, to jeszcze dalej jest...Droga przechodzi w bity trakt i kończy się barakami, na oko od dwudziestu lat nie remontowanymi. Szukam szyldu, informacji - nic takowego nie ma. Kręcę się po okolicy i zauważa mnie gość:
-Czego?
-Ja tu firmy szukam, wie pan, teges, rozmowa o pracę i tak dalej...
- To tu, wejdź pan.
W międzyczasie podjeżdża rozklekotany "Żuk", kierowca wyskakuje i zaczyna rozładowywać jakąś chemię.
- Nie, wie pan, szukam lidera rynku, wiodąca firma i w ogóle, to musi być jakaś pomyłka - rzucam i obracam się na pięcie, zdążyłem jednak zauważyć minę pana, która częściowo łagodzi mi trudy tej wycieczki.
Zmywam się szybko, bo idę do innej firmy. Wypożyczalnia aut szuka przedstawiciela - a ja przecież umyłem już i jechałem kilkoma tysiącami aut, więc czuję się doskonałym kandydatem na to miejsce. Wprawdzie firma - ogólnokrajowa, z oddziałami w wielu miastach - nie odpowiada na maila, podanego w ogłoszeniu, ale od czego kreatywne myślenie i przedsiębiorczość. Znajduję adres i telefon oddziału w moim mieście i postanawiam udać się osobiście. Trochę dziwi mnie, że jedyny kontakt do oddziału to tel. komórkowy - ale co tam, zrobimy rozpoznanie bojem i wszystkiego się dowiemy.
Ulicę znajduję bez problemu, gorzej z numerem. Niewielka osiedlowa uliczka nie daje raczej wielu możliwości ukrycia, ale zwiedzam ją dwukrotnie i dalej nie znajduję. Staję na skrzyżowaniu i myślę. Tam blok numer taki, tam dalej już numer za wysoki... Co pomiędzy nimi? Przecież nie warzywniak w budce... Tam trawnik i tam też... Ale lipa, nie mogę znaleźć adresu we własnym mieście znów i to tego samego dnia co poprzedni przypadek. Zadzwonię, spytam, może przenieśli? Dzwonienie nic nie daje, telefon wyłączony. Zrezygnowany postanawiam wrócić do domu. Odwracam się i zauważam poszukiwany numer. Był tam oczywiście cały czas, wypisany ogromnymi, chyba półtorametrowymi cyframi. Tyle, że nie spodziewałem się go znaleźć na... wieżowcu. No i co mam teraz zrobić, sprawdzić kilkaset mieszkań? Idę do domu.
Kolejny telefon - firma kurierska, co to nie "Piątka" ani nie "Ósemka".
- Dzień dobry, ja w sprawie ogłoszenia, chciałbym prosić o więcej informacji...
- No, a jak pan myśli, na czym praca kuriera polega?
- No ja ten tego...- kombinuję, myśląc, że w sumie to chciałem o adres spytać i umówić się na rozmowę, a na czym praca polega wiem.
- Przyjdź pan do 15 bo potem będę zajęty, to pogadamy.
Jest 14, a ja bez auta mam przybyć połowę miasta, by porozmawiać z "miłym" panem. Poddaję się od razu, chyba nie chcę mieć kolejnego szefa - chama.
Może więc popracuję na produkcji?
Ogromny potentat w branży poligraficznej szuka osób na Introligatornię. Wprawdzie nigdy nie pracowałem w tej branży, ale nie wymagają doświadczenia i mają szkolić. Pierwsza rozmowa z młodą siksą z HR przebiega wyśmienicie. Pani kocha papierki i uwielbia je przekładać i segregować, a ja przyniosłem ich kilka, jest więc powód do radości. Dużo uśmiechamy się i szczebiocemy do siebie prawie jak na pierwszej randce. Niewiele z tego niestety wynika, pani o moim stanowisku pracy wie niewiele, a o wynagrodzenie przecież nie wypada jeszcze pytać. Przechodzę jednak do etapu drugiego, faza grupowa tych rozgrywek. Dostaję skierowanie na badania psycho-moto-ruchowe czy jak je tam zwał. Stawia firma, to idę.
Na miejscu okazuje się, że szczęśliwców jest więcej i daje się odczuć wiszącą w powietrzu rywalizację. Jest fajnie, badają mi słuch, wzrok - już mniej fajnie, mam wadę jednego oka i po badaniu pani mówi, że kierowcą to nie powinienem być, ale na to stanowisko się nadaję. Postanawiam nie wspominać, że kilka lat pracuję jako kierowca właśnie. Badają też refleks i już jest lepiej - siadasz na krześle i po usłyszeniu brzęczyka lub zobaczeniu sygnału świetlnego naciskasz pedały, jak w aucie. Wypadam nieźle - może jednak mogę być tym kierowcą - zastanawiam się? Przychodzi pora na testy rozróżniania kolorów - i pani jest zachwycona, ja też choć nie wiem w czym mi to pomoże. Końcówka też jest świetna - ćwiczenia manualne.
Ćwiczenie pierwsze - kilkanaście kulek jak z łożyska tocznego, pęseta i niewielki, odwrócony lejek. Za pomocą pęsety umieść kulki w lejku, wrzucając je przez węższą część. Konkurencja na czas, gratuluję, dobry wynik.
Kolejne - sześcian złożony z mniejszych, 3x3. Zewnętrzne krawędzie mają inny kolor. Rozłóż sześcian na mniejsze, segregując je w/g ilości ścianek w kolorze jak zewnętrzny dużego sześcianu. Na czas oczywiście. Sprytnie zdejmuję razem sześciany z rogów, muszą mieć taką samą ilość ścianek w kolorze - podobnie postępuję z następnymi czwórkami. Pani wyraźnie się podoba.
Czas na ostatni test - dopasuj obrazki, czyli badanie IQ. Kiedyś już się w to bawiłem, więc ogólne zasady są mi znane, choć przykłady różne. Jest 15 bloków, każdy z przykładami od A do F. Zastanawiam się nad ostatnimi dwoma przykładami i nie jestem ich pewien, kończy się czas więc strzelam z odpowiedziami. Grupa wychodzi na korytarz i mamy czekać na wynik. Pytam jedną z osób, jak zrobiła te przykłady 15E i 15F.
- He? Ja to 10-go nie zrobiłem...
Uspokaja mnie to co do wyniku testu i nie mylę się - znów poszło mi wyśmienicie. Wyniki badań zostaną przekazane do firmy i szczęśliwcy otrzymają pierwszą nagrodę - telefon. Znaczy mają dzwonić, na co zżymam się - ileż to razy już słyszałem...
Jednak po kilku dniach telefon dzwoni. Miła pani, ta sama co poprzednio informuje mnie, że testy poszły wyśmienicie i chce się ze mną zobaczyć. Na spotkaniu dowiaduję, że jest super (który to już raz) i że wkrótce zadzwonią, bo spotkamy się z szefem działu. Więcej pani nie wie i jest jej miło (wspominałem już?). Mi też jest miło i wychodzę, przelotnie tylko zastanawiając się, po cholerę znów ciągnąłem przez całe miasto by to usłyszeć.
Za kilka dni - telefon, tym razem od pana. Kierownik - wreszcie ktoś konkretny i znający się na robocie. Przychodzę, gadamy w sumie o niczym i wychodzę. Pan może i coś wie o moim stanowisku pracy, na razie jednak za wcześnie by o tym mówić, a co do finansów - on nie jest od tego. Zadzwonią.
Zanim jednak zadzwonił telefon, po raz kolejny już - spotykam się z dobrym znajomym. Pracuje w tej firmie już od lat, wprawdzie na innym stanowisku i dziale, ale zna temat. Odradza mi tą pracę - zapieprz za najniższą podobno. Ja jestem jednak pełen entuzjazmu i nie dowierzam. Minimum wtedy wynosiło chyba ok. 850zł netto, ja liczę wydatki i wychodzi mi, że 1100zł na początek albo będę dokładał do interesu.
Kolejna rozmowa, pani która wcześniej nie orientowała się w finansach już się zorientowała i mają dla mnie propozycję pracy. Znużony już tą procedurą pytam się - ile?
-Nie, nie, odbijamy piłeczkę, pytamy się pana, za ile by pan chciał pracować.
Pytanie głupie jak zawsze, tyle ile bym chciał i tak nie dostanę, rzucam więc te 1100zł jako minimum. Pani przestaje się uśmiechać i informuje mnie, że mogą zaproponować jedynie 900zł netto, a ja mam dwa dni na przemyślenie i poprawę swej postawy. Wychodzę. Za dwa dni dzwoni telefon, ostatni już raz - ja niestety nie zmądrzałem więc pracy dla mnie nie mają. I tylko szkoda trochę miesiąca czasu czekania, jeżdżenia na spotkania i testy...
Nie, nie poddaję się jednak, szukam dalej - ale o tym w kolejnej części...
niedziela, 15 sierpnia 2010
"Perypetie młodego Polaka, czyli ile cię trzeba cenić, szlachetna Praco" odcinek 1
Przygody z pracą zacząłem już w szkole średniej. Z oczywistych względów nauka nieco ograniczała, ale chcąc dorobić co nieco - szukałem pracy dorywczej. Jestem z końca lat '70-tych, wiec rówieśnikom i starszym nie muszę tłumaczyć okoliczności. Dodam jedynie - jeden z uboższych regionów kraju, choć spore miasto. Bach, jak glową w mur. Szaleje bezrobocie i kto by chciał młodocianego.
Czasem coś tam złapię, a to płot pomaluję itp. - nic wartego wspomnienia raczej. Nie załamuję się, w końcu uczę się i niedługo "wyjdę na ludzi" i będę pełnoprawnym pracownikiem, a wtedy mój zapał, chęć i zaangażowanie zostaną docenione. Szkoła średnia się skończyła. Mimo dobrych wyników w nauce z powodu takiej sobie sytuacji finansowej rodziny postanawiam nie obciążać rodziców moją dalszą nauką - wybieram studia zaoczne i pracę. Na studia dostałem się bez problemu, teraz praca... Chodzę i roznoszę CV i tyle. Pierwsze spotkanie z problemem zwanym "doświadczenie". -Doświadczenie? - Brak. - No wie pan... Wiem. Tylko nie bardzo wiem, jak zaraz po ukończeniu szkoły mam posiadać doświadczenie, ale to nic. Czas jest taki, że czytając ogłoszenia o pracę co rusz natrafiam na kwiatki typu: "Hotel poszukuje magistra z 3-ma językami na stanowisko opiekuna parkingu". Nie obeznany z nową terminologią nie bardzo wiem nawet, co ma robić ten "opiekun parkingu", ale się dowiaduję - otwiera szlaban, zamyka i sprząta. Nie mam magistra ani nie znam 3 języków, na parkingowego się nie nadaję. Szkoda, bo to jedno z niewielu ogłoszeń, gdzie nie wymagali doświadczenia. Ojciec załatwia pracę jako ochroniarz, a właściwie bardziej cieć. 24h służby, a potem dwa dni wolnego. Zaraz, ale zjazd na studiach to 3 dni, trzeba to przesunąć, pozamieniać. Wychodzi mi grafik - 24h w pracy, 24h wolnego i tak w kółko, przerywane 3-dniowymi zjazdami w szkole. A że żyć czasem trzeba - 40 godzinne maratony bez snu są na porządku dziennym. Po półtora roku takiego życia jestem jak zombie i tyle też wytrzymuję. Nie widzę możliwości dociągnięcia w ten sposób do końca 5-letnich studiów (Politechnika, wydział mechaniczny) i w końcu decyduję się je rzucić. Czarę goryczy przeważają niektórzy wykładowcy, a dokładnie ich traktowanie studentów. Jeden z nich dla przykładu wyrzucił mój indeks, bo "z takim pismem na inżyniera? Nie ma mowy". Wpis w końcu dostałem, a rok później pan został wyrzucony z uczelni za jakieś finansowe machloje - był tam też odpowiedzialny za administrację. Sporo by o tym pisać, może kiedyś, w każdym razie udaję się do dziekanatu i informuję o mej decyzji. Pani widząc me oceny (dla przykładu cały czas byłem zwolniony z egzaminu pisemnego z matematyki, warunek - ponad 80% zaliczeń wszystkich laboratoriów) stara się mnie odwieść od niej. Miło, ale ja już zdecydowałem. Dostaję indeks z wpisem - skreślony z listy studentów z powodu braku postępów w nauce... Hmmm zabolało, ale doświadczenie życiowe już wtedy nauczyło mnie, że nie takie rzeczy przyjdzie mi znosić. No tak, studia "skończone" i niedługo armia zacznie się pytać o poborowego. Nigdy nie miałem armijnych ciągot, a tym bardziej w wieku 22 lat nie chciałem się zapoznawać z "falą" - choć też i specjalnie od wojska nie uciekałem. Rozpoczynam studia licencjackie, również zaocznie. O szkole tej wystarczy powiedzieć, że nie było żadnych problemów z zaliczeniem.
Wróćmy do tematu pracy. Życie jak to życie, zaczyna się komplikować i wkrótce będzie mi dane poznać bliżej więcej jego aspektów. W pracy źle, szef nie płaci od dawna, a właściwie coś "kapie" czasem. I tak dobrze, bo w biurze podobno nie widzieli wypłaty od pół roku. A szef? A szef sprawdza, czy do garażu w jego willi zmieści się Pajero (taka terenówka jeśli ktoś nie wie). Koszt takiego auta w porównaniu do mej pensji, której i tak nie dostaję - kosmiczny. Nic to, bowiem wkrótce firma pada, szef udaje się na wczasy za kraty, a my - do Sądu Pracy. Sąd przyznaje nam rację i dostajemy po wyroku, nakazującym wypłatę zaległych poborów i odpraw, a i odsetek nie poskąpili. Tylko od kogo? W firmie syndyk, majątku zaś brak. Plac i biura wydzierżawione, auta w leasingu, towaru brak, nawet krzesła kupione z kredytu. Znaczy - wyrok wyrokiem, a kasy i tak nie będzie. Początek przygody z Urzędem Pracy. Przychodzę pierwszy raz, koło południa jakoś, by się zarejestrować. Ludzi jak mrówek. -Ja do rejestracji - My też. - Wszyscy? - Tak. Wychodzę bogatszy o wiedzę, że w urzędach należy być skoro świt, wtedy jest szansa coś załatwić. Następnym razem jestem wraz z rannymi zorzami, mocno niewyspany. Dostaję numerek i już po 2h oczekiwania dobijam do okienka. Pani spisuje dane i stwierdza, że za miesiąc mam przyjść się odnotować w okienku nr 13. Zaraz, za miesiąc? A co do tego czasu? Gdzie oferty pracy dla mnie? Pan pójdzie na dół, na tablicy są. Więc idę i szukam. Tablicę nietrudno znaleźć, trudniej było mi zrozumieć, dlaczego bezrobotni tak licznie tu przybyli nie wykazują zainteresowania ofertami. Po lekturze już wiem - oferty z wysokimi wymaganiami, dla specjalistów lub z daleka - czyli lipa. Kolejna wizyta za miesiąc, idę do okienka nr 13. - Na ofertach pracy, w pokoju blabla pan był? Nie? Pan pójdzie i bez świstka stamtąd pan nie wraca. Idę. Pani długo wklepuje w komputer dane i kwalifikacje. Te same, co przy rejestracji. Enter. - Nie ma oferty dla pana. - Mogę świstek? - Po co? - W 13-tce chcą. - Dobra, ma pan... I tak co miesiąc. Szukam więc pracy gdzie się da, pracując zwykle na czarno i okazjonalnie. Dowiaduję się wielu rzeczy. Sprzedając karpie (akurat jakaś zima x-lecia, z mrozami -20) dowiaduję się, że jeśli włożyć prawie odmrożone po całym dniu na mrozie i w wodzie ręce do ciepłej wody - to nie czuje się ciepła, tylko ból. A jak przestaje boleć - to letnia woda parzy. Podobno to dobrze, gorzej jak się nie czuje. Następnego dnia parkuję dostawczakiem koło stoiska, by przenieść towar. Spod ziemi wyrastają mili panowie w Mundurach. - Tu nie wolno parkować. Stówka. Jakieś półtora dniówki na mrozie z babraniem rękami w wodzie, która zamarza na poczekaniu - poszło... Kopię rowy i wnoszę cegły na drugie piętro. Sprzedaję w sklepie GSM. Handluję spirytusem bez akcyzy i wypalam pirackie CD (znacznie później, gdy już zainwestuję w komputer). Wtedy też przepisuję prace dyplomowe i magisterskie. Kładę dachy z blachy. Montujemy przewody kominowe z blachy kwasoodpornej. Kiedy pierwszy raz widzę, jak gość wychodzi na dach i skacze po nim jak małpka wymiękam. Nie mam lęku wysokości, ale nie ma też mowy bym wyszedł na pochyły, mokry po deszczu dach. Zabezpieczenia? Są. Leżą spokojnie w bagażniku auta. Na szczęście na dole też jest coś do zrobienia. Następnego dnia kładziemy dach na garażu. Lipiec, przepiękny i upalny. Na dachu temperatura przekracza 40 stopni. Ile może mieć nagrzana blacha? Nie wiem, ale dziennie wypijam chyba z 10l płynów. Po pracy jeden browar, który całkowicie rozkłada i spać, startujemy o świcie. Karton-gipsy. Całkiem fajna robota, trochę takie składanie puzzli, tylko te puzzle trzeba samemu wyciąć. Szkoda tylko że jest zima, a mieszkanie gdzie to robimy - w trakcie generalnego remontu. Okna już zamontowane - ale parapety jeszcze nie. Na dworze -10, w środku ogrzewanie nie działa i jest może -5. Trzeba się ruszać, to się zimna nie czuje. Szpachlowanie. Najpierw nanosi się szpachlę na ścianę i sufit, następnego dnia gdy wyschnie - docieranie. Z żarówką w ręku (220V) i pacą w drugiej pracujemy, po 11-12h dziennie. Kolejna ciekawostka warta odnotowania - pył gipsowy znakomicie utrwala fryzurę i w ogóle się nie błyszczy. Kiedyś może opracuję serię kosmetyków/lakierów do włosów na bazie gipsu, niniejszym zaklepuję sobie ten pomysł i nie myślcie nawet o kradzieży. Już mam hasło reklamowe - "fryzura taka trwała i nie błyszczy się, jak po zwykłych lakierach". Hit sezonu będzie, zobaczycie. Naprawiam i poprawiam auta. Drobne naprawy znajomym, czasem coś kupię z przetargu i rozbiorę na części lub odwrotnie - poskładam, czasem jakieś auto wpadnie w ręce i przygotowuję je na giełdę. Osobny temat do opisu, ach te spotkania z handlarzami i odpustowa atmosfera... Wszystko to jednak zajęcia mocno tymczasowe, często kiepsko płatne lub krótkotrwałe. Pozwalały przeżyć - i właściwie tylko tyle. Jeśli nawet udało się coś zaoszczędzić, to przychodził okres bez pracy i oszczędności trafiał szlag. O pracy etatowej nie było co myśleć, bezrobocie w mieście wynosiło ok. 20% chyba - i na moje CV najczęściej brak było odpowiedzi.
Zaproszenie na rozmowę dostałem, gdy otwierali Tesco. Poszedłem, a jakże. Ze mną chyba pół miasta. Na magazyniera/półkownika (półkownik wykłada towar na półki) i kasjera po 200 osób chyba na stanowisko. Rozmowa szybka i konkretna. Pan przeczytał moje CV, pewnie pierwszy raz je na oczy widział i zagaił - uprawnienia na wózki widłowe ma? Nie miał. Nie szkodzi, nie szkodzi, oddzwonimy, następny... Nie oddzwonili. Zmiany przyniósł dopiero wyjazd za granicę, a własciwie kilka. Temat emigracji zostawię sobie do omówienia przy innej okazji, wspomnę jedynie, że były to łącznie 4 wyjazdy, zwykle zima za granicą - lato w PL i próby poszukiwania pracy. Tak więc rok po roku przez 3 lata wracałem i szukałem, ostatni raz około połtora roku temu. Ale do rzeczy.
Pierwszy powrót. Będzie ze 4 czy 5 lat temu. Wróciłem do kraju z zapasem gotówki ale też i 15 kg chudszy, za to z nowym zapałem. W końcu, jeśli bez znajomości języka dostałem pracę za granicą, to w kraju też na pewno sobie poradzę. No i zniknie kolejny problem, jaki widzieli pracodawcy - dziury w CV, bo przecież prac na czarno nie mogłem wpisać. Kolejny nonsens swoją drogą. Myślenie typu - nikt cię nie chciał zatrudnić, to i my nie chcemy. Tylko, że gdyby ktoś mnie zatrudnił to bym do was nie przychodził... Startuję z poszukiwaniami. Bez większego powodzenia, tym razem pracodawcom dla odmiany przeszkadza moje zagraniczne doświadczenie, niestety nie potrafią umotywować dlaczego. Udaje mi się jednak odbyć rozmowę kwalifikacyjną, w salonie sprzedaży/serwisu GSM. Jako, że wcześniej pracowałem w komisie GSM mam doświadczenie w tej materii, którym jednak nie mogę się pochwalić - praca na czarno, umowa o dzieło czy co tam rwana i pisana na nowo co tydzień. Rozpoczynamy rozmowę z młodym gniewnym garniturowcem i jest bardzo miło. Pan informuje mnie, jak to firma prężnie się rozwija i lada moment chyba wykupią Nokię. Mają też plan rozpoczęcia sprzedaży na Allegro - na co wpadam mu w zdanie, że to świetnie, bo od 2 lat sprzedaję telefony i akcesoria tamże i posiadam konto z kilkuset pozytywami, status SuperSprzedawcy i w ogóle się orientuję. Panu rzednie mina a ja głupi brnę dalej. Rozmowę przerywa nam pan z obsługi klienta, przynosi starego Siemensa i pyta mego rozmówcę, czemu przy nazwie sieci jest wykrzyknik. Pan nie wie i odsyła go do technika. Po jego odejściu ja głupi brnę dalej i informuję go, że taki wykrzyknik oznacza, że aparat nie zalogował się do sieci, a potencjalne przyczyny to simlock, który można sprawdzić wkładając kartę innej sieci - bądź tzw. "brak sieci" czego przyczyną z kolei najczęściej jest końcówka mocy, czyli PA - Power Amplifier. Panu mina rzednie jeszcze mocniej i pyta mnie, czemu na spotkanie nie przyszedłem w garniturze... Rozstajemy się, a ja do dziś czekam, aż oddzwonią. Po wyjściu stamtąd na ulicy spotykam kolegę ze studiów. Kolega ukończył Politechnikę, którą ja rzuciłem. - Co robisz, stary? - zagadnąłem. - Daj spokój, mierniki do wody sprzedaję. - No ale to zawsze coś z techniką związane... - staram się wnieść nieco optymizmu do rozmowy. - Jasne, latam po domach i firmach i wciskam mierniki, zwykła akwizycja a nie mechanika... - No ale zarobki choć może ujdą? - Jaja sobie robisz, umowa o dzieło/pracę (czy jak ją tam zwał), w zeszłym miesiącu nawet najniższej nie wyrobiłem. - Yyyy, no cóż stary, spieszę się, cześć.
Pozostałe próby również nie przynoszą rezultatu, pół roku później decyduję się ponownie wyjechać za granicę.
...I ponownie wrócić po kilku miesiącach. A czas był już inny, odwilż i wiosna ludów pracujących nastała i pracodawca lubił teraz pracownika swego. Bo coraz ciężej było znaleźć innego. Bezrobocie spadało, specjaliści już dawno machali pracodawcom zza granicy - może uda mi się coś znaleźć. Ale o tym w kolejnym odcinku.
pierwszy wpis
Wpis pierwszy czyli - Dlaczego?
Bo tak. Bo naszła mnie ochota. Bo zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu myśli krążące w mej głowie chciałyby się gdzieś wyrwać. Bo chciałem wyrazić swój pogląd i przemyślenia na pewne tematy. Bo dawno nie pisałem, choć podobno umiem "językiem giętkim wyrazić, co pomyśli głowa". Bo przelała się czara doświadczeń i uznałem, że nadszedł czas, by mówić, a nie milczeć. Bo stwierdziłem, że może mam coś do przekazania. Wreszcie - bo jeden taki gość na pewnym forum może nawet niechcący pomógł mi podjąć decyzję.
P.S. Wiem. Nie zaczyna się zdania od "bo". Bo to nieładnie.
|